Uszczęśliwianie innych jest marzeniem ludzi szczęśliwych. Phil Bosmans

niedziela, 14 października 2012

Smaki Dolnego Śląska - Lądek Zdrój


Zastanawiacie się co zrobić z wolnym weekendem? Gdzie pojechać, co zwiedzić? Dolny Śląsk to jeden z nielicznych zakątków Europy i Polski, który potrafi zaskoczyć czymś nowym, zauroczyć - sprawić, że będziecie chcieli wrócić.
Lądek Zdrój dawniej BAD LANDECK to miasteczko położone w Sudetach Wschodnich zaraz przy granicy z Czechami, ok. 2,0-2,5 h z Wrocławia. Jedno z najbardziej znanych i najstarszych uzdrowisk w Polsce. Rozwój zawdzięcza księżnej Mariannie Orańskiej (do tej postaci wrócimy przy okazji Międzygórza), która w połowie XIX w. wyszła z pomysłem połączenia tych terenów z Kamieńcem i Ziębicami. Znany jak znany, przez lata moich wędrówek po Ziemi Kłodzkiej skutecznie omijałem to uzdrowisko, sam nie wiedząc czemu. Okazja przyszła sama XVII Przegląd Filmów Górskich.
Trafiliśmy na sam początek targu staroci, który właśnie odbywał się na lądeckim ryneczku. Widać, że włodarze w ostatnich latach przyłożyli się do poprawy wizerunku okolicznych kamienic, część z nich została pieczołowicie odrestaurowana by swymi kolorowymi fasadami zachwycić nie jednego turystę. Nad wszystkim góruje ratusz ze strzelającą ku niebu więżą zegarową z XIX w., codziennie o godz. 12:00 można usłyszeć hejnał lądecki.
Ale, ale...koniec historii czas coś zjeść! Po długim spacerze z Rynku  znalazłem się w samym centrum Uzdrowiska. W bezpośrednim sąsiedztwie Parku Zdrojowego mamy do wyboru kilkanaście lokali, zajrzymy do kilku?
Kawiarnia Wiedeńska "Albrechtshalle"  kusi wyglądem by zatrzymać się na chwilę, chwilę, która pozwoli odpocząć, cieszyć się widokiem zielonych trawników i nabrać powietrza przed kolejnymi przygodami.  Duże okna, wysokie pomieszczenia i  położenie (wysoko na skarpie) dodaje temu miejscu niezwykłej magii. W ofercie możemy  znaleźć kawę, czekoladę, herbatę. Ciekawą i smaczną propozycją są ciasta własnego wyrobu, warto spróbować.  Czar miejsca może popsuć nieco drętwa i zawstydzona obsługa. Widać i czuć, że dziewczynom  brakuje ikry, serwowanie kawy czy podawanie ciast bez życia, ze smutkiem w oczach nie nie, nie kupuję tego! Brak znajomości pozycji z menu dosłownie sprowadza na ziemię. Mam nadzieję, że kelnerki opanują nie łatwą sztukę uwodzenia gości, doczytają menu, tak by przy następnej wizycie w tym lokalu każdy z nas mógł cieszyć się widokiem z tarasów,  smakiem serwowanych deserów bez zmartwień o rachunek, kawę czy inną cholerę, która się przydarzy.
Jesteśmy po deserze :) to co mały spacerek? Nic prostszego! Z "Albrechtshalle"  wychodzimy wprost na dywany zielonej trawy, kolorowych kwiatów, fontanny. Park Zdrojowy ( dziś:im. Jana Pawła II) założony w XVII w., do dziś zachwyca układem, drzewostanem i tryskającymi gorącymi wodami. W ostatnich latach dzięki zaangażowaniu Burmistrza i Rady Miejskiej nadano mu zupełnie nowy charakter,  odzyskał dawny blask i przestrzeń. Pozbyto się wysuszonych cisów, świerków i innego badziewia, które zasłaniały  widoki wokół.  Wymieniono nawierzchnię, zamontowano nowe lampy i ławki.  Muszę przyznać, że "lifting" wyszedł na dobre temu miejscu.
Perłą kurortu jest niewątpliwie Zdrój Wojciech , obiekt powstał w drugiej połowie XVII w., charakterystyczny i majestatyczny jakby  z kopułą Bazyliki Św. Piotra góruje nad wszystkim i wszystkimi. Pierwotnie w tym miejscu znajdowały się dwa źródła "Maria" i "Fryderyk" całość powstała dzięki niezwykłej postaci z przełomu XVII/XVIII w., Johann Sigismund Hoffmann  właściciel dóbr ziemskich nie tylko miał pieniądze ale i niezwykłą fantazję, dzięki której realizował śmiałe marzenia, pomysły i plany. Czy kąpiel w gorącym basenie przy dźwiękach orkiestry w roku 1688, 1689 etc.  wyda się Wam czymś dziwnym? Lekarze z Wiednia, Wrocławia rozpisywali się o pozytywnym działaniu kąpieli, publikacje  A. F. Kremera czy dra Karola Öhmbsa sprawiły, że Lądek Zdrój zaczęły nawiedzać pielgrzymki bogaczy chcących poprawić swoje zdrowie. Hoffmann wpadł na niezwykły pomysł zatrudnienia zespołu! "Muzycy grali pod kopułą zakładu Marii na balkonie pod basenem, uprzyjemniając czas kąpiącym się kuracjuszom i to były początki kapeli zdrojowej. Dzięki dobrej akustyce odnosili oni wrażenie, iż występuje cała orkiestra." ( źródło: http://ladekzdroj.w.interia.pl/historia1.html). Dziś obiekt pomimo niezwykłej stylistyki, wielu detali wewnątrz wzbudzających zachwyt, szlachetnych wykończeń, itd.  "prosi się" o generalny remont.
Mając czas i ochotę warto zapisać się na kąpiel mineralną. Polecam "Wojciecha", basen w tureckim stylu, ogromne marmury wokół okrągłego basenu pod kopułą neobarokowego zwieńczenia, błękitna woda o temperaturze 28 - 32 st. C. nie tylko relaksuje, leczy ale pozwala poczuć się jak w niebie. Widok z dołu jest fantastyczny! Warto pamiętać w poniedziałki basen nieczynny, wymiana wody, etc.. Miłego pluskania jeśli nie w "Wojciechu" to do wyboru mamy jeszcze kilka źródeł od "Jerzego" 38 - 39 st. C. czy "Zdzisława" 44 st. C., cała woda wypływa z głębin ziemi z szybkością 250 l/ 1 min. Dla zainteresowanych podaję link: http://www.ladek.pl/cms/php/strona.php3?cms=cms_ladzd&lad=a&id_dzi=1&id_dok=253&id_men=27&powrot=1&slowo_szuk=&gdzie_szuk=&id_men_szuk=0
Zgłodniałem trochę...może obiad?
Do wyboru mamy kilka lokali od Baru Lux po pizzerię. Czasu mało filmów dużo :) trzeba coś zobaczyć ale ale... jedzeniem zajmę się po czeskiej stronie - warto udać się 10 km za granicę. Nie tylko taniej ale i smaczniej :)
Pozdrawiam Ariel

piątek, 14 września 2012

Na Mazury, Mazury pociąg wiezie nas...


No dobra może nie pociągiem ale autem ponieważ szybciej i wygodniej, przy okazji zobaczyłem jak się jeździ po nowo otwartych trasach. Do standardów w Europie Zachodniej dużo jeszcze brakuje ale bez większych oporów można przejechać nasz kraj wzdłuż i wszerz. Taki już jestem, że ledwo posiedzę i już mnie nosi by jechać, zwiedzać, podróżować. Ponieważ pogoda dopisywała a mi zostało jeszcze parę groszy wybrałem się na krótki urlop wypoczynkowy.
Zwiedzanie zacząłem od Ełku, który przywitał mnie porannymi mgłami unoszącymi się wzdłuż rzeki Ełk i jezior. Elegancko wybrukowane chodniki, pięknie utrzymane trawniki i kwiaty z donicami zwisające z lamp świadczą, że włodarze w ostatnich latach przyłożyli się do poprawy infrastruktury i wyglądu miasta. Jest to najludniejsze miasto na Mazurach, które w ostatnich wiekach zmieniało mieszkańców jak w kalejdoskopie. Od Krzyżaków, Niemców, Polaków,  przechodziło z rąk do rąk by po zniszczeniach wojennych w 1945r. znaleźć się na dobre w granicach odradzającej się Polski. Zniszczone przez ostrzał wojsk radzieckich w 50% miasto pustoszało. Do lat 90 XX w. Ełk  wg. planów miał być ośrodkiem przemysłowo - przetwórczym. Wraz z nastaniem nowego systemu politycznego po 1989r. władze samorządowe wybrały rozwój w oparciu o ekologię i turystykę. Zmiany, które zaszły w Ełku w ciągu ostatnich 20 lat potwierdzają mieszkańcy, z którymi miałem przyjemność porozmawiać. Chwalą, że inwestycje w ścieżki rowerowe, oczyszczalnie ścieków, tereny zielone podnoszą komfort życia w mieście ale niestety nie przekładają się na znaczny wzrost ilości miejsc pracy. Wielu młodych wyjeżdża "za chlebem" do innych województw lub państw, z problemem wyludniającego się miasta przyjdzie zmierzyć się nam w ciągu najbliższych lat - mówi Pan Andrzej łowiący ryby przy głównej promenadzie miasta - mam już emeryturę, wędkę i wie Pan zostaję, właśnie mam branie :)
Otwieram oczy i usta ze zdumienia patrząc na wznoszący się balon. Ogromne połacie niebieskiego materiału rozpychają się pomiędzy mgłą a pierwszymi promieniami słońca. Festiwal Balonów w Ełku odbywa się najczęściej w pierwszych tygodniach lipca lub sierpnia. Ta impreza ściąga pilotów i rzesze turystów z różnych części świata. To niezwykła okazja dla każdego z Was by wsiąść do kosza dźwiganego za pomocą ciepłego powietrza i przelecieć się nad malowniczymi, i nieskażonymi przemysłem, chemią, terenami Mazur. Okazja do popstrykania zdjęć niezwykle kolorowym statkom powietrznym, dobra zabawa przy dźwiękach zespołów muzycznych to raj nie tylko dla żeglarzy ale wszystkich tych, którzy kochają przygodę. Wybierając się do Ełku warto zajrzeć na stronę Urzędu Miasta: http://www.elk.pl/ gdzie prezentowane są aktualne wydarzenia kulturalne.
Ełk, Ełkiem ale trzeba jechać dalej, zupełnie na wariata spojrzałem w wujka Google by znaleźć coś do spania. Dochodziła 6.15, po nocce spędzonej za kółkiem organizm zaczął upominać się o sen. Ruszyłem w kierunku Starych Juch zachęcająco brzmiała Agroturystyka Pod Bocianim Gniazdem. Nie wiedziałem czy będzie miejsce do spania czy nie. Co tam, kto nie ryzykuje ten nie ma...dojechałem, wysiadłem i... nawet gdyby nie było wolnego pokoju pomyślałem, że będę spać w namiocie, samochodzie na dachu. Byle tu zostać! Wspaniała przestrzeń i dywany zielonej trawy porastającej górki z pagórkami, tło czystego niebieskiego nieba, widok niczym obraz z mojego komputera tapeta systemu Windows, pomyślałem.  Krajobraz poruszył mnie do tego stopnia, że usiadłem, nie przeszkadzała mi rosa na trawie, chłód, który ogarnął na chwilę nogi. Oddychałem "opijając  się" świeżym powietrzem, jak kompotami ze spiżarni babci, które zawsze miały całkiem inny smak, zapach...hmmm czułem to i zasnąłem.
Zbudziło mnie szczekanie Arisa (mój pies) uganiającego się za bocianami chcącymi rozpocząć poranne śniadanie, wow już 8.30 trochę pospałem, zupełnie suchy i rozgrzany promieniami słońca wstałem udając się do właściciela gospodarstwa. Trawa, trawą ale potrzebowałem choć na chwilę łóżka. Przywitał mnie mężczyzna w siwych kręconych włosach z uśmiechem na twarzy - wypowiadając Andrzej Rejrat właściciel... znalazł się pokój, klucz do pokoju aż w końcu ja sam znalazłem się w tym pokoju i poszedłem spać.
Jak brzmi zawołanie podróżników po 72 godzinach marszu w deszczu czy słońcu? Wiecie? Heeheh "Nie spać! Zwiedzać!", zatem...? Zapraszam! Stare Juchy to wieś położona ok. 20 minut jazdy autem od Ełku. Zatrzymałem się pomiędzy Starymi Juchami a Ełkiem.  Do wyboru kilka gospodarstw agroturystycznych jednym z nich jest Pod Bocianim Gniazdem prowadzone przez rodzinę Państwa Rejrat. Jeśli masz czas, wyobraźnie i chcesz przeżyć przygodę to miejsce idealne dla Ciebie. Właściciel obiektu oprócz noclegów oferuje wycieczkę po okolicy terenowym mercedesem off road mazury jak sami mówią: "Zaczynamy zawsze na naszym domowym stawie, gdzie testujemy pasażerów przed dalszą trasą. Tu pierwsze przechyły i trawersy, a także trochę wody pod kołami. Jeśli wszyscy dali radę jedziemy dalej." Jeśli jednak znajdą się śmiałkowie, dla których jazda po mazurskich bezdrożach nie podnosi adrenaliny a nadal szukają czegoś naprawdę wzniosłego to znak, że bez lotu na paralotni nie ma po co wracać do domu. Spróbowałem! Wrażenia z jakimi przyszło się zmierzyć podnoszą ciśnienie! Wspaniały start, inny niż w samolotach pasażerskich, pozwolił poczuć na własnej skórze siłę władcy przestworzy - wiatru! Dzięki umiejętnościom Pana Andrzeja mogłem podziwiać okolicę niczym ptak, spojrzeć na krowy uciekające w popłochu przed rykiem naszego silnika, zobaczyć obszary nietknięte przez cywilizację. Cały lot był czymś niezwykłym ale samo zbliżanie się do lądowania, kiedy zmniejsza się obroty silnika pozwalają przeżyć coś w rodzaju "lotnego orgazmu" kiedy na raz czujesz, że lecisz , unosisz się i zbliżasz do ziemi. Czujesz ciężar wszystkich członków, powiew wiatru, świst w uszach, łzy w oczach, oślepiony przez ostre promienie zachodzącego słońca...lecisz!
Wszystkim tym, którzy cenią sobie spokój, kochają naturę, lubią dobrą zabawę i mają poczucie humoru polecam zaznaczyć to niezwykłe miejsce na swoich mapach - http://www.rejrat.eu/. Nie byłbym sobą gdybym nie wspomniał o prawdziwie domowej kuchni - bez zupełnej ściemy! Od ciepłej bułki, zupy czy kotleta   czuć było, że do przygotowania posiłków wykorzystuje się nie tylko dobrej jakości produkty ale i wkłada serce!  Polecam!


Siedziałbym dłużej Pod Bocianim Gniazdem ale obowiązki w pracy "wezwały" mnie do domu szybciej niż się spodziewałem, jak śpiewała Anna Jantar " nic nie może przecież wiecznie trwać" a tymczasem zapraszam do galerii Polska.




Więcej zdjęć na  http://www.arielovka.pl/?p=1044  Galeria - Polska zapraszam :) 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Nie chcę ale muszę...


Jak głos z anielskiej trąbki dotarła do mnie wiadomość z Polski, że osoba zajmująca się moim czworonożnym przyjacielem jest poważnie chora i nie może sprawować dalszej opieki. Próbowałem znaleźć zastępstwo ale moje próby zakończyły się niepowodzeniem. W zaistniałej sytuacji nie miałem wyboru, podjąłem decyzję o powrocie do Polski. Nie zacząłem jeszcze na dobre mojej podróży a tu już powrót...bywa :( Największym problemem we wszystkim okazały się bilety lotnicze Peru - Europa, dzięki niezwykłej pomocy pracowników biura e-SKY mój powrót nie zamienił się w koszmar. Dzięki! :)
Czy byłem wściekły i rozgoryczony tak, czy chciałem zostać dłużej - tak! W takich sytuacjach nie ma sensu walka z samym sobą. Zrozumiałem, że muszę zaakceptować stan sprawy w takiej a nie innej formie. Walczyłem ze sobą ale po kilku godzinach rejsu statkiem zrozumiałem, że tak miało być, a do Peru zawsze przecież można wrócić. Przerywanie podróży, na którą w ostatnich miesiącach wydałem sporo $ większość uzna za małe szaleństwo ale zawsze, nawet w najgorszym położeniu szukam pozytywnych stron wydarzeń. Cieszyłem się, że zahaczę o polskie lato, nacieszę się niebem i zapachem ziemi. Spotkam dawno niewidzianych kolegów i przyjaciół.
Dziękuję wszystkim, którzy w ostatnich miesiącach wspierali mnie poprzez miłe wiadomości, komentarze, etc.. Dojrzewam, uczę się i zastanawiam nad formą jaką ma przybrać arielovka, ja i moje dalsze życie. Po tego typu wędrówkach wracam na zupełnie innym poziomie odbierania, patrzenia na świat. Nie chcę posługiwać się wyświechtanymi frazesami, że "podróże kształcą" ,na pewno dają kopa i pozwalają docenić to co pozostawiamy wyjeżdżając...dom, rodzinę, zwierzaka, kolegów, ulubione miejsca. Pozwalają zrozumieć, że bycie szczęśliwym zależy tylko od nas samych, uczą być żyć nie żałując tego co stracone...koniec

środa, 15 sierpnia 2012

Iquitos - Yurimaguas 600 kilometrów żyłami świata


Wszystko co piękne i dobre musi się kiedyś skończyć. W czasie mojego pobyty w Iquitos rozchorowałem się. Gdyby nie pomoc Armanda, Jego siostry i 90-letniej mamy moje męczarnie trwałyby dłużej niż tydzień. Uprzejmość i troska z jaką mnie otoczono przerosła moje najśmielsze oczekiwania. Ludzie, którzy potrafią otworzyć się na osobę z innego świata, kraju, kulturę bez strachu i uprzedzeń a takich właśnie spotkałem, zasługują na pełen szacunek. Już sama propozycja noclegu w domu Armanda wydawała się niezwykle egzotyczna ale po tym jak poznałem siostry, mamę i innych członków rodziny zrozumiałem, że lepiej nie mogłem trafić.
Mój pobyt w Iquitos nieco się wydłużył z powodu gorączki, która chcąc nie chcąc prędzej czy później dopada każdego z nas. Leżąc w łóżku, pocąc się jak w saunie modliłem się w myślach o to bym nie miał malarii. Nie brałem żadnych leków przeciwko tej chorobie zakładając, że jeśli nawet postanowi uderzyć zrobię wszystko by ją pokonać. Przeceniłem nieco swoje siły. Po 24h od momentu kiedy pojawiły się pierwsze objawy "czegoś" trafiłem do szpitala...gorączka nie ustępowała. Po 2 godzinach okazało się, że to malaria a najzwyklejsza grypa. Zastrzyk i pod kołderkę. Cierpiałem nie z powodu gorączki czy drgawek, potów etc. ciało było chore ale dusza zdrowa, wyrywała się podnosząc cały czas na duchu moje schorowane ciało.
Gdy tylko poczułem się lepiej, zorganizowałem szybki powrót do normalnego świata, odwiedziłem linie LAN by zapytać o połączenie Iquitos - Tarapoto, cena ok. 450$ za drogo, następny lot za 4 dni - 120$ nie mogłem czekać...pomimo wcześniejszych wspomnień z podróży statkiem po Amazonce nie miałem innego wyboru jak po raz kolejny wsiąść na łajbę i płynąć.
Zaokrętowałem się  na niższym pokładzie pośród zwykłych mieszkańców tych krain, rozwiesiłem hamak...spojrzałem w niebo, statek rozpoczął wychodzić z "portu" wśród gwiżdżących członków załogi, machających rękami, światełkami ...spojrzałem na Iquitos ostatni raz i położyłem się spać. 600 km w górę rzeki do Yurimaguas za jedyne 130,00 złotych z wyżywieniem. Pośród szmerów, płaczu a zarazem ze zmęczenia oddałem się w ręce Morfeusza.
 Zapraszam do galerii na: www.arielovka.pl

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Rabunek w Iquitos, pomoc i list


Tak jak Wam wspominałem z bezpieczeństwem na ulicach bywa różnie. Wybrałem się wieczorem na spotkanie ze znajomymi z rejsu. Szybkie negocjacje cenowe i już siedziałem w motocarro pędząc do centrum. Na jednym z zakrętów widziałem jak 3 młodych chłopaków otacza dziewczynę, 2 z tyłu jeden z przodu kuca i rwie torebkę…ucieka! Moja reakcja była natychmiastowa, nie zastanawiając się nad konsekwencjami wyskoczyłem z pędzącego motocarro i pobiegłem za złodziejami. Niestety miałem klapki, które uniemożliwiły szybki sprint, ponadto złoczyńcy zbiegli z głównego deptaka w ciemności w dół dawnego nurtu Amazonki. Całość podobno wyglądała filmowo…trochę, gdyby nie obojętność żołnierzy i policji „na oczach”, których działa się całość. Przerażona amerykańska turystka wpadła w moje ręce szlochając z przerażenia, była sama! Uważajcie i miejcie oczy dookoła głowy! Pomogłem, odprowadzając ją pod sam hotel, pocieszając i rozmawiając. Następnego dnia otrzymałem oto list, tak niewiele trzeba by zmienić coś na lepsze wokół siebie:

Hi Ariel,

This is the girl that was robbed tonight. I am in my hotel room and feeling better now.  It’s really lucky that I’m safe and was not taken more than that. Now I have some U.S tourists in this same hotel who would like me to join them if I need to go out at night.

It is sad that soldiers and policemen are so indifferent and unconcerned here, but I really appreciate everything you’ve done. dziękuję. :)

I just looked into your website. It’s so interesting. I enjoyed your pictures a lot!

Best wishes,

Sheng


Uważajcie na siebie! Patrzcie i krzyczcie tak by usłyszeli inni i nigdy nie chodźcie w pojedynkę! No chyba, że szybko biegacie :) Pozdrawiam

wtorek, 7 sierpnia 2012

Iquitos w sercu dżungli


I wreszcie po 4 dniach rejsu – ląd! Iquitos miasto w dżungli. Na słowo POLSKA otwierają się serca i drzwi do domów mieszkańców tego miasta! Poznałem na statku Armanada, 50 letni gość, artysta, dobry duch jak anioł, tryskający niesamowitą energią pozytywnego myślenia. Po tym jak dowiedział się, że jestem z Polski zaczął mi opowiadać o Janie Pawle II i Lechu Wałęsie. Niezwykłe, jestem na drugim końcu świata, mieście gdzie docierają tylko łodzie i samoloty, mieście gdzie nie prowadzą żadne drogi a tu coś takiego. Skorzystałem z Jego propozycji – zaproszenia do domu Jego mamy.
Wydostanie się ze statku może graniczyć z małym cudem na brzegu czekają setki osób, które w ciągu kilku godzin odkupią cały dobytek gromadzony przez ostatnie 4 dni rejsu. W całym tym zamieszaniu trzeba niezwykle uważać na złodziejów od których roi się w takich miejscach. Nie zdziwcie się patrząc na zdjęcia ale port dla statków to nie to samo co w Europie…elegancki podjazd, zapomnijcie! Statek dosłownie wbija się pomiędzy inne rozpychając je na boki, waląc dziobem o brzeg wbijając się tak by możliwe było zejście i wejście.
Łapiemy pierwsze lepsze motocarro najlepszy i najtańszy środek transportu dostępny w Peru. Ceny zachwycają, wszystko jest niezwykle tanie! Iquitos samo w sobie nie należy do miejsc szczególnie polecanych. Wybrałem się tu ponieważ chciałem przepłynąć Amazonkę od granicy z Brazylią i Kolumbią. Cel zrealizowany, jednak czy wart aż takiego poświecenia? Wiem, że tak!
Pierwszy dzień poświęcam na zwiedzanie Laguna Quistococha, Iquitos i Mercado Belen. W czasie podróżowania po tych miejscach warto być z kimś! W Iquitos pomimo wielu policjantów zdarzają się częste napady na turystów! Byłem świadkiem takiej akcji…ale o tym później.
Laguna Quistococha oddalona ok. 20 km od centrum Iquitos koszt dojazdu 8 soli motocarro. Wstęp: 3 sole. Polecam ponieważ w tym miejscu możemy z bliska zobaczyć zagrożone wyginięciem gatunki zwierząt żyjące w dżunglach dookoła Iquitos. Stale powiększa się wybiegi dla zwierząt, fakt, że co niektóre do tej pory mają niezwykle mało miejsca ale pozostaje mieć nadzieję, że w najbliższych latach zmieni się to.
W ciągu jednego dnia można zobaczyć prawie wszystkie atrakcje miasta i okolic. By poczuć   ducha Mercado Belen trzeba się tam znaleźć i wciągnąć zapachy ogromnego targu. Plac  założony przez Indian, którzy zaopatrują mieszkańców miasta w żywność, potrafi zszokować, wzbudzić kontrowersje a co niektórych zachwycić hmm.  Zwiedziłem, zobaczyłem i się przeraziłem! Niesamowity smród rozkładających się ryb unoszący w powietrzu powodował, że chodzenie po tym  miejscu nie należało do najprzyjemniejszych – może wybrzydzam, hhmm nie! Mnóstwo żywych żółwi, ryb i wiele innych zwierząt przetrzymywanych w tak ciężkich warunkach, że jakiekolwiek myśli o reinkarnacji odkładam na boczne tory. Ludzie jak zahipnotyzowani poruszali się w dwóch kierunkach od czasu do czasu zatrzymując się przy stoiskach gdzie głos rozkrzyczanej kobiety nawoływał do zakupów, do tego wszystkiego misjonarze nawołujący do nawrócenia. Szybko udałem się w kierunku rzeki by po chwilowej negocjacji cen zamienić nogi na łódź i opłynąć podobno największe slumsy Ameryki Południowej – Belen, pływające miasto. Belen to miasto wybudowane przez mieszkańców dżungli, którzy w poszukiwaniu lepszych warunków życia przywędrowali do Iquitos i stworzyli swoje osady. Podczas pory deszczowej stan wód w Amazonce podnosi się o 10m a całe miasto na specjalnych palach podnosi się wówczas do góry, podczas pory suchej takiej jak teraz całość osiada na palach…można przejść się suchą stopą po okolicy:) co też uczyniłem.
Łapię motocarro i pędzę do Bellavista by zobaczyć indian w Boca el Pueblo. Możemy targując się wynająć wolną łódź już za 25 – 35 soli. Ja miałem za 25 zaczęli od 50! Czas pływania 2-4 h. Przy dobrej znajomości języka hiszpańskiego i uprzejmości sternika, można liczyć na coś ekstra – wycieczkę w głąb miejsc, gdzie zapuszczają się tylko rdzenni mieszkańcy. Po dotarciu do „wioski indiańskiej” dla turystów poznaję przewodnika, który informuje mnie, że koszt wejścia to 2o soli! Wow! Jak drogo ale cóż – już wszedłem…po chwili padają kolejne propozycje, taniec z kobietami z obwisłym cycem 40 soli, zdjęcie 15 soli…wycwanili się indiańcy, pomyślałem. Postanowiłem usiąść i patrzeć? Indianin po 10 minutach zaproponował bym zrobił foto, hmm pomyślałem i odpowiedziałem: czuję wobec Was zbyt duży respekt, popatrzył na mnie, głęboko w oczy…czułem jak ten wzrok przeszywa całe moje ciało, czułem,  że zrozumiał mnie, widziałem  w Jego oczach cierpienie i ulgę. Po chwili, pojawili się inni turyści z USA, dzięki którym zobaczyłem za darmo taniec – pół nagich mężczyzn i kobiet. Współczułem im…czułem, że robią to bo muszą przeżyć w świecie do którego nigdy nie chcieli należeć ale przez pieniądz poniekąd są zmuszeni. Nie ma co ukrywać…dziś by Indianie z Boca mogli żyć muszą się hmm „sprzedawać”. Przez setki lat żyli w zgodzie z naturą, dziś nie do końca są poznane ich wszystkie zwyczaje. Zbliżenie się do nich nie należy do najprostszych spraw. Tereny łowieckie mocno ograniczone przez rząd i wycinkę lasów. Żyją w swoich rezerwatach oddalonych od Iquitos kilka godzin drogi szybką łodzią…i tu bo czemu by o tym nie napisać…siedziałem sobie patrząc i myśląc,…odezwał się do mnie Indianin mówiąc – jesteś inny, mój wuj jest właścicielem tej ziemi, zapraszam Cię do naszej wioski, będę czekać jutro po 17:00, zabierz jedzenie, wodę i najpotrzebniejsze rzeczy. Wow! Chciałem wrócić…powstrzymała mnie choroba, która zaatakowała i trzymała  w łóżku 4 dni!
Pozdrawiam i zapraszam do galerii, w której postaram się uporządkować zdjęcia – błąd z numerami :)
GALERIA NA WWW.ARIELOVKA.PL 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Rejs po Amazonce do Iquitos


Rejs po Amazonce z orkiestra muzykow? Wszystko moze sie juz wydarzyc i  wydarzylo. O zyciu, plywaniu i jak sobie radzic by przezyc 4 dni na statku gdy dookola dzungla, dzungla i brak cywilizacji.